31.12.2012

Odwagi, szczęścia i pieniędzy

Różne Sylwestry spędzałam, fajne i niefajne, szampańskie i potwornie smutne.
I zawsze ZAWSZE miałam nadzieję, że to będzie początek czegoś nowego.

I wiecie, byłoby fajnie, gdyby to faktycznie była jakaś cezura,
ale właśnie dotarło do mnie, że rzeczy, które mają znaczenie i nas odmieniają - nie zdarzają się z okazji pełni, nowego roku, czy innej wielkanocy.
One zdarzają się ukradkiem, niezauważalnie i nie potrzebują fajerwerków, oraz symbolicznych nocy.
Niemniej
Każda okazja do zabawy jest dobra.
Więc
Bawcie się, tańczcie, kochajcie, pijcie.
Udanego Nowego Roku
I żebyście zawsze sobie umieli poradzić w każdej sytuacji:)

28.12.2012

Znowu pełnia

Dzisiaj jest dla mnie bardzo ważne. Podjęłam pewną decyzję, w której mam nadzieję wytrwać. 
I bardzo proszę, żebyście trzymali za mnie kciuki. 
pomodlili się, czy coś.
Poza tym trochę się włóczyłam, zmieniłam kilka rzeczy w życiu, kilka rzeczy zmieniło mnie. 
Nie wiem, co będzie dalej. 
Zdjęcia z są z Izraela. Kiedy tam byłam akurat kończyła się Chanuka. Nieodmiennie wzrusza mnie gest zapalania świec. 
No i fajnie w grudniu praktykować jogę na brzegu morza.
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. 










11.11.2012

Życie jest nie fair


Byłam na forum poświęconym polityce równości w przedszkolu.
I jednym z prelegentów był pan przedszkolanek, pracujący od wielu lat w przedszkolu, który opowiedział swoją niezwykle smutną historię.
 Otóż
"feministki wmawiają kobietom, że są dyskryminowane, co jest oczywistą nieprawdą".
 Bo prawdziwą dyskryminację przeżył on, kiedy zaczął pracować w przedszkolu i panie bardzo mi utrudniały życie.
 Bardzo.
To było trudne, ale przetrwał. A jego kolegę zwolniono po trzech latach pracy.
"Także wiecie drodzy państwo, jeśli mówimy o polityce równości w przedszkolu, to należy zacząć o tego, żeby pracowało tam więcej mężczyzn i żeby, nie byli oni prześladowani ze względu na płeć" - podsumował.
Ja tam nie wiem, może kolega źle pracował i go zwolniono.
Może koleżanki zwyczajnie nie lubiły swojego nowego kolegi i dlatego po nim jechały.
Może świat jest niesprawiedliwy.
Ale cała historia biednego pana przedszkolanka mnie uwiodła.
Witaj w świecie kobiet, chłopcze.



04.11.2012

Niby nic, ale

Ludzie zasadniczo są dobrzy - pomyślałam wczoraj - tylko czasem potrzebują bodźca, który im o tym przypomina.

Myśl powyższa pojawiła się przy okazji drobnego zdarzenia z koleżanką M.
Mam co prawda skłonności do  przypominania  pejczykiem o naturalnej skłonności do dobroci, ale koleżanka M umie to robić za pomocą niewinnego żartu.

I ja też tak chcę.
Stoimy sobie z koleżanką  ową w kolejce w księgarni w której ona ma odebrać zamówioną książkę.
Pierwsza osoba w kolejce odbiera chyba trylion paczek, każdą rozwija i ogląda.
Uważnie.
Kiedy trzeba zapłacić, okazuje się że kasa jest zepsuta i Pan musi iść z panią z trylionem paczek do innej kasy
Kolejka czeka i sapie.
Pan sprzedawca robi się coraz bardziej czerwony i ma naklejkę "uczę się", która nie wiadomo dlaczego nie pomaga.
Potem ktoś coś kupuje. Znowu do innej kasy, kolejka czeka i sapie coraz bardziej.
A potem okazuje się, że sprzedawca nie może znaleźć książki, zamówionej przez koleżankę M, która nie dość, że ma dwuczłonowe nazwisko, to jeszcze jedno jest zagraniczne.
Sprzedawca szuka czując na sobie wzrok kolejki, bliskiej linczu i wtedy M zaczyna żartować.  Oraz grzecznie proponuje, że ona przyjdzie po tę książkę kiedy indziej, kiedy okoliczności będą bardziej sprzyjające.
M. grzecznie i miło, bez natrętnej dydaktyki zrobiła coś takiego, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nastrój kolejki się zmienił.
I inni też zaczynają żartować, oraz życzyć przyjemniej lektury i udanych koncertów.
Książka się znajduje, bo była tam gdzie miała być.
I nastąpił pokój na Ziemi.




01.11.2012

Postanowiłam sobie kupić buty Ecco. No to jestem w sklepie i przymierzam. Żółte.
Dzwoni kumpelka, które nieopatrznie wyznaję, że jestem w trakcie namysłu nad kupnem żółtych butów Ecco.
- Tylko Ryłko, wyjdź z tego sklepu natychmiast - zadysponowała. - Ecco są drogie i mają coraz gorszą jakość.
Ale ja lubię Ecco i właśnie takie chcę.
Wysłuchałam wcale nie krótkiego monologu o tym,, co jej się w związku z tą marką przydarzyło i dlaczego to jest bardzo głupi pomysł."
Olałam.
Ale potem szłam na wino z inną kumpelką, której postanowiłam to wszystko opowiedzieć, wyłącznie po to, by się nade mną użaliła, że musiałam się użerać w temacie Ryłki.
Jaki Ryłko?
Jakie Ecco? - zdenerwowała się przyjaciółka. - Tylko Venezia.
Ale one są niewygodne - zaoponowałam. - Raz miałam i po dwóch godzinach, bolały mnie stopy.
Dowiedziałam się, że trzeba było kupić żelowe wkładki.
Tylko, że ja nie chcę kupować żelowych wkładek, nie chcę ryłek, sryłek, florencji, wenecji, czy czegokolwiek innego.
Chcę żółte buty Ecco.
CZłowiek chodzi najbardziej wkurwiony, kiedy ma wielu oddanych przyjaciół - mawiał mój brat.
Czasem myślę, że miał rację

30.10.2012

Nekrolans

Zmarła Chustka.
Nie wiem, czy ją lubiłam, ale była dla mnie bardzo ważna.
Odwaga, z jaką mówiła o sobie. Zazdrościłam i podziwiałam. Przeczytałam jej bloga od pierwszego posta. Zmieniła mnie.
Ale...
Mój świat się nie zatrzymał z tego powodu. 
Wymieniłam z nią nawet kilka maili. Ale nie znałam jej. 
Zmarła niezwykła, młoda, piękna kobieta. 
Ale...
Jej śmierć jest ciosem dla bliskich. Nie dla mnie.
Śmierć - wydaje się, że to sacrum i nawet najtępszy osobnik się zatrzyma.
Ale nie.
Nawet na śmierci można się wylansować.
pamiętam katastrofę smoleńską, kiedy dość znana kiedyś blogerka popadła w rozpacz, bo kuzyn kuzyna zginął w samolocie z prezydentem .
Teraz rozpacza kolejnych kilkaset obcych.  Przy pomocy emotikonów, słabych wierszy,  linków do sentymentalnych piosnek na  youtubie.
Sorry, ale nie wierzę w szczerość tych emocji. 
Nie jestem koleją specjalistką od Chustki.
Nie wiem, nie znam się, mam własne kłopoty i za dużo wymagam od ludzi. 
I prawie na pewno ten post świadczy o tym, że jestem mało wrażliwa.  


16.10.2012

Zdjęcie jest nie a propos, po prostu mi się podoba


Przeraża mnie nadchodząca jesień i zima. Jawi mi się jak czarny, ciemny tunel.
I nie bardzo wiem, jak sobie z tym czasem bez słońca poradzę.
Mam na głowie wariatkę, zawsze zresztą jakąś mam.
Naprawdę nie wiem, co je do mnie przyciąga. Musiałam być naprawdę podła w poprzednich życiach.
Ta ostatnia jest wariatką kłamczuchą. Zmyśla różne historie, czasem tak głupio, że naprawdę trzeba być kretynem, by jej uwierzyć.
No i raczej jej nie wierzą.
To dlaczego mnie to obchodzi?
Chciałabym być ponad to, ale nie jestem.
Jedną z tych rzeczy, które nienawidzę najbardziej na świecie to rady w stylu
- zdystansuj się.
- czemu się denerwujesz.
- i inne takie.
Wygłaszane jeszcze z lekką nutką wyższości, bo zazwyczaj radzący osobnik, jest emocjonalnie bardziej rozgarnięty niż ja i z emocjami sobie radzi doskonale.
W przeciwieństwie do mnie.
No bo ja drodzy państwo jednak się przejmuje i denerwuje.
Może jak w jakimś przyszłym życiu zostanę kotem -  to będę miała w dupie.
Czego i Wam życzę.

14.10.2012

Kurcze, po co prowadzę  blog, czyli BFG2012

Myślałam, że jestem ekstrawertyczką, ale nie.
Po pierwszym dniu Blog Forum przekonałam się, że jestem wycofana, zamknięta w sobie i zasadniczo, wiem nie do uwierzenia, małomówna.
Czy blogerzy mają jakieś cechy wspólne?
Co łączy blogujących geeków, milczących i zagubionych  z tą  blondynką, która  wepchała się w kolejkę do baru udając głuchą i ślepą.
Ci wszyscy, których poznałam bardzo chcieli mówić o sobie. I nie pozwalali sobie tego prawa odebrać:)
Zaczynasz gadać z kimś i po sekundzie dostajesz fangą w nos. Blogerzy zazwyczaj nie opanowali szlachetnej sztuki narracji, podchodzą do rzeczy newsowo, a nie literacko - to także było charakterystyczne.  Dostajesz bez uprzedzenia, najmocniejsze fakty na wstępie i radź sobie  z tym  laluniu.

Wielu traktuje swój blog jak projekt biznesowy, albo sposób na wzmocnienie swojej pozycji profesjonalisty. Z tym sobie radzę mentalnie.

Po co piszą blogi szafiarki - nie wiem i pewnie się nie dowiem. Chodzą stadami i są raczej małomówne.

To, co mnie zaskoczyło to fakt, że tyle blogerskich celebrytów o których istnieniu nie miałam pojęcia.  Muszę jeszcze popracować nad miną "To naprawdę Ty?"

Myślałam, że znam blogosferę i że jestem ekstrawertyczką.
Ale pojechałam na Blog Forum Gdańsk...
 






30.09.2012

Pełnia, pełnia i po pełni

Zawsze się coś dzieje, jak jest pełnia. Uaktywniają się wariaci, różne emocje, ludzie nie śpią.
I dzwoni wychowawczyni mojego dziecka.
Że nie ma go w szkole.
-Bo jest chory - mówię prawdę.
Że Pani nie była na wywiadówce.
- Też byłam chora - kłamię.
Że Pani w ogóle nie chodzi na wywiadówki.
I tu się wkurwiłam, bo jak wspominałam pełnia.
- Nie chodzę, bo Pan wie, moje dziecko czyta książki, jest lojalnym przyjacielem, sprząta dom, pomaga starszej sąsiadce, organizuje koncerty, uprawia sport i czasem nawet bywa grzeczny. Oprócz jest zbuntowanym nastolatkiem, więc bywa opryskliwy i nieprzyjemny. Ale Pani dzwoni do mnie, by opowiadać mi tylko o tym, jakim jest potworem.  Jak zadzwoni Pani do mnie choć raz, żeby powiedzieć coś przyjemnego o moim dziecku - to zacznę chodzić na wywiadówki.
 -  Przecież pochwaliłam go, że najlepiej ze wszystkich zdał poprawkę z matematyki  - powiedziała pani wychowawczyni. - I kiedy Pani zapłaci ubezpieczenie?


24.09.2012

Z tym netem to nam nie po drodze

Dzisiaj spotkałam swoich dawnych kolegów  z gazety. To znaczy oni dalej są w gazecie,  ja nie.
Usiadałam z nimi na małe piwko, piękny słoneczny dzień, jesień w zarodku i może byłoby miło, gdyby nie zeszło na net.
Oni nie wiedzą co to Kindle, nie są na Facebooku, blogi - to "kiedyś sporo się o tym mówiło, ale ta moda się skończyło".
A tak w ogóle oni są od papieru, nie to co ten plebs, co zajmuje się internetem.
I OK nie każdy musi czytać blogi, ebooki i mieć konto na FB.
Ale żeby kurwa z tego powodu, czuć się lepszym?
 Więc piją piwo na Rynku z tym swoim poczuciem wyższości, że  nie zhańbią się wiedzą o necie.
Powiedzcie mi, dlaczego tylu ludzi uważa się za lepszych, bo nie ma konta na FB?
Serio - nie rozumiem,
Jest jeszcze drobiażdżek, taki  że za kilka dni pojawi się nowy naczelny, o którym wiadomo, że wypieprzy połowę zespołu.
Dobre natomiast jest to, że mogę spokojnie obrobić dupę, bo przecież "nikt już nie czyta blogów"

Dobra wiem, że przesadzam z regularnością postów, właściwie zachowuję się jak spamerka,
Ale jestem jakoś wkurwiona i odreagowuje w ten sposób

23.09.2012

O Bogini dlaczego nie uczyniłaś mnie Hiszpanką?



Kocham ten kawałek
ok, można pominąć pierwsze dwie minuty kiedy ona przedstawia zespół

21.09.2012

panienka dzisiaj raczej zdezorientowana

Taką mam refleksję, że jak chce się obserwować flejmy w necie, to nie wolno spać.
Bo jak na chwilę stracisz czujność, to się nie dowiesz, co się stało. Tylko, wszędzie przeczytasz, że to naprawdę była grubsza afera i zostaniesz jak ta głupia cipa z poczuciem, że Cię coś ominęło.

Z malin przerzuciłam się na pigwę
I tak - dalej mam załamanie nerwowe.

ciało

Siedziałam przy stoliku z właścicielką kliniki medycyny estetycznej
Obok siedziały Grycanki.
- Właściwie dlaczego one nie chudną - zainteresowałam się. - Jak mają tyle kasy to chyba nie musi być bardzo trudne - zapytałam właścielki, jako że w celebrytach jest silnie oblatana. Ale ona nic nie powiedziała. Odezwała się za to asystentka. Młoda i chuda.
- Może nie chcą - powiedziało Młode Chude Dziewczę - patrząc na mnie potępiająco. - Niektórzy się dobrze czują we własnym ciele
- E tam,  każdy chce -  powiedziałam odruchowo. - A jak mówią, że nie chcą to kłamią.
- Oczywiście, że tak - obudziła się właścicielka. - My przecież o niczym innym w klinice nie rozmawiamy. A że  tamta za gruba, bo przytyła 20 deko, a tamta za chuda, pewnie anorektyczka. Nie wierzę, że ktoś chce być gruby. A już na pewno nie wierzę, że istnieje na świecie, choć jedna kobieta, która dobrze się czuje we własnym ciele i nie chciałaby niczego zmienić - powiedziała specjalistka od urody.
No i tak. Wierzę jej.
Niestety.

19.09.2012

Malinowo i trochę do dupy

Maliny dają mi poczucie bezpieczeństwa.
Wielkiego sensu w tym nie ma, bo niby dlaczego nie śliwki, albo brzoskwinie.
Ja mam tak z malinami. I jeszcze z sernikiem, ale to już inna historia.
W każdym razie z przyjaciółką Renatą wybrałyśmy się na wieś po maliny. Wyprawa była zaplanowana dwa tygodnie wcześniej, logistycznie opracowana w najdrobniejszych detalach. Maliny ekologiczne zamówione.
- Ale dlaczego ekologiczne - zapytała koleżanka Magda.
W sumie nie wiem dlaczego, ale jak coś rośnie w tak pięknym miejscu, jak te rosły, to chyba nie może być inaczej?
Zakupiłyśmy maliny.

-  Wyraźnie przeżywasz załamanie nerwowe - powiedziało moje dziecko.
Teraz maliny wyglądają tak.
Te duże słoje składają się z malin i alkoholu.
Zima mi niestraszna.
Tylko trochę smutno.



03.09.2012

tak wygląda mój raj


Oczywiście jeśli, za drzwiami jest plaża i błękitne ciepłe morze.
Bez wody mój raj jest nieważny.
Obejrzałam wczoraj cały 5 sezon Czystej Krwi i z bólem serca muszę opuścić drużynę Billa.
Okazał się karierowiczem:(
Południe USA to kolejna kraina po Skandynawii, bibliotece i Maroko, gdzie mogę spędzić wieczność.
Pod warunkiem oczywiście, że są tam wampiry, wróżki i zmiennokształtni.
A jak wygląda Wasz raj?

27.08.2012

analiza to zło

Myślę, że kiedyś życie było łatwiejsze, w świecie bez przesadnej wiedzy psychologicznej na własny i cudzy temat.
Uwielbiam smalk talk, lub coś co się mądrzej nazywa funkcją fatyczną języka. Kocham gadać ze sprzedawczyniami na targu o pierdołach, o tym dlaczego dynia i śliwki są w tym roku wcześniej i dlaczego to jest do dupy.
Uwielbiam rozmawiać o sposobach na nalewkę malinową o o tym jak prać białe skarpetki. I w dupie mam, że nie posiadam i nie zamierzam posiadać białych skarpetek.
Im dłużej żyję tym bardziej wierzę, że etykieta miała sens.
W świecie w którym każdy może zrzucić na Ciebie brzemię swojego nieudanego życia, a Ty masz obowiązek wysłuchać i współczuć, bo inaczej zostaniesz osądzona i skazana jako osoba NIEEMPATYCZNA.
I dlatego przypomnę mój ukochany od lat cytat:
"Aksjomaty są śmiertelne, polityka jest śmiertelna, poezja jest śmiertelna, dobre maniery są nieśmiertelne."
Stefan Themerson, Euklides był osłem
Jestem zmęczona problemami innych ludzi i ich świętym przekonaniem, że mam obowiązek im kibicować.
Otóż nie mam.
Albowiem ludziom, którzy, dopiero wtedy, kiedy wkurwią innych czują, że żyją  - mówię od razu -  nie jestem empatyczna.
I dlatego też z ulgą czytam felietony Magdaleny Samozwaniec o świecie, którego już nie ma, gdzie Hele, Mele po kryjomu rozluźniały gorsety, popalały papierosy i miały bluźniercze myśli,
 a jednocześnie porządnie zaplatały warkocze i grzecznie odzywały się do starszych.
To naprawdę ulga, gdy świat jest przewidywalny bo pewnych rzeczy po prostu nie wypada robić.
Swoją drogą niezwykła jest tak książka Samowzaniec, pełna szczegółów z różnych epok.
Samozwaniec była panienką na przełomie poprzednich stuleci, w dwudziestoleciu międzywojennym - młodą kobietą, a w Polsce Ludowej aktywną starszą panią.
A w dodatku książka jest napisana lekko i z wdziękiem, a nie każdy współczesny autor to potrafi

Tylko dla dziewcząt

Magdalena Samozwaniec

WAB

 








22.08.2012

chce mojego maczka

Komputer mi się zalał - stąd ta nie planowana przerwa.
Jestem bez niego bardzo nieszczęśliwa, nie potrafię pisać na pececie, nie rozumiem o co chodzi z tym gładzikiem, wszystko mnie przerasta
I NIENAWIDZĘ WIDNOWSA.
Tak czy inaczej maczek wróci do pani za dwa tygodnie i nie wiem jak ja to jeszcze wytrzymam.
Nie używam na wszelki wypadek dużych liter i polskich znaków, bo ciągle robię coś, przez co mnie system wywala.
Czy Wy w ogóle wiecie, ile skrótów ma klawiatura takiego peceta?
Nic to.
W weekend byłam w Berlinie i tak wiem, że to banalne, balowalam na Kreuzbergu, gdzie ludzie pili, tańczyli i bawili się na ulicy do późna w nocy.
Jednego problemu nie rozwiązałam do dzisiaj, gdzie oni wszyscy chodzą sikać?
Swoją drogą wróciliśmy tam ranem i puste butelki wciąż leżały, niesprzątnięte. To naprawdę gruba przesada z osławionym pedantyzmem Niemców. Burdel  był naprawdę niezły.
Rano było o tyle śmiesznie, że wieczorny, sobotni ruch w poszukiwaniu rozrywki został zastąpiony przez poranne wyprowadzanie domowej menażerii tj dzieci i psów.
Dwa różne światy: poranna kawa i gazeta w knajpie, polegiwanie w parku. Zupełnie inny target.


Ale to co mnie naprawdę ruszyło to najnowszy numer Twojego Stylu.
W ogóle nie wiem, po co to czytam, ale teraz to już naprawdę przegieli.
NIKOGO nie poznałam na zdjęciu, nikogo  z wyjątkiem Joanny Bojańczyk, która ma to samo zdjęcie od lat.
W środku jest bardzo fajny wywiad z Agnieszką Pilaszewską, ale zdjęcie dali jakiejś dwudziestolatki.
 To taki przykład sączącej się trucizny, te sfotoszopowane do bólu portrety.
Naprawdę uważam, że można inaczej.
Stęskniłam się za Wami

07.08.2012

Więcej botoksu

Na początku będzie chaotycznie, ale potem okaże się, że powiastka ma sens.
Albo i nie.
Przez całe dzieciństwo i młodość mieszkałam za miastem, potem przeprowadziliśmy się na wieś,  do domu który stał gdzie?
Za wsią.
Ostatnio ściągnęłam sobie płytę Grechuty (Wiem, że nie są to typowe power songi dla biegaczy)  i zapodałam dzisiaj do biegania.
I natrafiłam na taką strasznie starą piosenkę "Twoja postać".
Tam jest taki frament: Nie bój się, nie idziesz sam, idą wraz z Tobą wszystkie drzewa etc.
I wzruszyłam się ponieważ śpiewałam na głos tę piosenkę jako nastolatka, idąc aleją czereśniową do domu, nocą.
Śpiewałam na głos, by sobie dodać odwagi, a poza tym kochałam tę piosenkę.
A potem mnie tknęło.
Dlaczego rodzice pozwalali mi wracać nocą do domu, 3 kilometry, wiejską drogą, w ciemności?
Dlaczego mój kochający ojciec po mnie nie przyjeżdżał?
Czyżby byli nieczuli, nie bali się o swoją jedyną córkę?
Może i by się bali, ale nie wiedzieli, że wracam do domu przez noc, bo nie było telefonów komórkowych, więcej stacjonarnego też nie mieliśmy - uświadomiłam sobie. Bo mało kto miał.
Więc nie miałam jak zawiadomić rodziców, że wrócę później.
Ale nie wyglądali na przerażonych jak się pojawiałam w drzwiach.
Jak ludzie wtedy żyli?
Przecież takie dziecko mogło się zawieruszyć nawet na cały dzień i nie wiadomo  było  co się  z nim dzieje.
A przecież nie zawiadamiano masowo o zaginięciach.
 I poczułam się okrutnie stara.
A  później okazało się , że nikt się nie bał dracen, a przecież wiadomo, że w dracenach mogły być jaja skorpiona, które się czasem wykluwały i w nocy kąsały na śmierć domowników.
Bo później już nie importowali tych dracen z jajami.
Więc wiecie.
Nie jest dobrze.

04.08.2012

takie tam przy okazji bólu gardła


Właściwie to odchorowuję wakacje, ale się zbulwersowałam.
Ta piękna kobieta nazywana jest w tytułach prasowych staruszką np  tutaj
TO ja już naprawdę nie wiem. 
Pamiętam kiedyś na Fuerte widziałam 80-latkę popylającą nago po plaży, co z tego że z laseczką, o niej też nie pomyślałam, że jest staruszką.
Wciąż mnie zdumiewa, że młode redaktorki  i w ogóle młode kobiety nie myślą o tym, że te zmarchy to ich przyszłość.
Opadnięte powieki, wiotka skóra, wyżłobione ze smutku koleiny na twarzy czekają na każdą z nas.
 Natomiast jak patrzę na niektóre puste twarze 20-latek - to tak- słowo staruszka przychodzi mi na myśl.



23.07.2012

zaskakujące połączenia są najlepsze

Jestem sobą rozczarowana. Kupiłam gumki do włosów Nike.
Oczywiście przepłaciłam i oczywiście okazały się dokładnie takie same, jak te no name.
Naprawdę tyle lektur, przekonań, a wystarczy chwila nieuważności i marketing zwycięża.
A w dodatku człowiek w tym robi.
Załamka


18.07.2012

Dla K




Właściwie nie przyznaję się, że czytam "takie rzeczy". Zwłaszcza, gdy patrzę na stosik przy moim łóżku, który osiągnął wzrost dobrze wykarmionego kilkulatka, a znajdują się w nim znacznie wartościowsze lektury.
W sumie jak się dobrze przyjrzeć, wartościowe książki najdłużej czekają na swoją kolejkę do przeczytania. Te lekkie schodzą szybciej.
 No ale życie jest wystarczająco ciężkie, no nie?
Wracają do Sissona przypomniał mi się, ponieważ odbyłam długą rozmowę z moją koleżankę, która ostro zapieprza, a jak mi właśnie wyznała, nawet specjalnie jej dobrze za to nie płacą.
A ja naprawdę jestem w stanie ocenić, jak ciężko pracuje.
K jest w stanie kłócić się o pieniądze dla swojej firmy, ale nie dla siebie.
Znajome prawda?
Książkę czytałam jakiś czas temu i pamiętam, że zatrzymałam się na fragmencie, który mówi o tym, że podświadomie myślimy, że pieniądze są brudne i że to zło.
Potraficie głośno, z otwartą piersią i mocnym głosem powiedzieć:
"Chcę pieniędzy".
Mało kto potrafi, bo pieniążki to nie jest rzecz dobra i wartościowa.
Nawet słowa którymi je określamy są albo deprecjonujące, albo dystansujące: szmal, kasa, mamona, kapucha, czy pieniążki.
Nic ważnego i dobrego nie ma w tych słowach.
Wiem to na pewno, bo kombinuję jak dostać jak najmniej pieniędzy za swoją pracę.
Ale dzisiaj nów.
Dobry czas, by rozpocząć nowe życie.
Odchudzać się.
A może zacząć myśleć o pieniądzach z sympatią i szacunkiem.

Twoje prawo do bogactwa
Colin P. Sisson

13.07.2012

Zieloni śpią nago - Vanessa Farquharson



Nie będę się nabijać
Naprawdę nie będę. 
Napiszę to rzetelnie i ponuro. 
To nie to, że uważam, że ekologia nie ma sensu. Wręcz przeciwnie. 
Uważam tylko, że te wszystkie działania około ekologiczne służą raczej dobremu samopoczuciu jednostki, niż zbawieniu świata. 
Wierzę w rozwiązania systemowe, a nie w to, że wiele tysięcy szlachetnych hipsterów przestanie spłukiwać mocz, albo regularnie czesać kota, czy zbierać gumki recepturki.
Poza tym sorry, ale w pachnącej moczem łazience, jestem natychmiast wkurwiona. Wychodzę taka wkurwiona na ulice i czynię zło.
Światowa suma szczęścia natychmiast spada.
Czy to jest ekologiczne? 
Oczywiście, że nie.  
Ekologia jest za to świetnym terenem lansu i posiadania nie uzasadnionego poczucia wyższości - co moim zdaniem jest głównym powodem jej popularności. 
A jeśli chodzi o Vanessę  Farquharson, autorkę "Zieloni śpią nago", kanadyjską dziennikarką to postanowiła przez rok żyć ekologicznie, po czym napisała o tym książkę. 
To w ogóle jest bardzo modne przez rok żyć innym życiem. Inna dziennikarka, przez rok zajmowała się byciem szczęśliwą , a pewna blogerka  przez rok usiłowała zapchać sobie żyły cholesterolem,  gotując codziennie potrawę z przepisu Julii Child. 
Dzielna Vanessa postanowiła być eko, co wykonała z wdziękiem, lekko i   inteligentnie. Bo to naprawdę całkiem dobrze napisana książka. 
A na końcu autorka, oczywiście znajduje miłość. Ale zanim znajdzie, 
 na każdy dzień ma jedno, małe lub większe ekologiczne wyzwanie.
I tu już mam problem.
 O ile rozumiem dlaczego należy kupować kukurydziany, biodegradowalny żwirek dla kota, 
odżywkę do włosów bez parabenów, 
pić tylko lokalne, organiczne piwo
i bywać w przyjaznym dla środowisku SPA.
To
proszę mi wytłumaczyć dlaczego ekologicznie jest:
po każdym praniu do bębna suszarki wrzucać antystatyczne, wolne od chemii wkłady wielokrotnego użytku ( w ogóle nie wiem, co to jest),
kupować wegańską nić dentystyczną ( gdzie?), 
zrezygnować z palenia dla towarzystwa ( samemu jest ekologicznie?)
regularnie czesać kota, by zapobiec tworzeniu się bezoarów i złuszczaniu skóry.
i wiele innych.
O ile podejmę jakieś wyzwanie będzie dotyczyło, spania, czytania i picia wina.
Przez cały rok, codziennie: wino i spanie.
To ma sens, no nie?

 Zieloni śpią nago
Vanessa  Farquharson
Świat Książki




08.07.2012

wakacje, wakacje

Kto w czasie wakacji czyta ambitne lektury?
Nie ja.
Czytam jak zwykle, skandynawskie kryminały, tym razem te lżejsze. 
Powiedzmy to sobie otwarcie, ani Lackberg, ani Marklund to nie są najambitniejsze  pisarki. Ale jak wielu takich pisarzy czyta się szybko, przyjemnie i bez stresu. 
Bohaterką  serii Marklund jest dziennikarka Annika Bengtzon, która ma wybitnego pecha do facetów.  I jak się okazuje z książki na książkę  nie robi się w tej kwestii mądrzejsza. 
Annika nieustępliwa, odważna, bezkompromisowa na innych polach,  w relacji z facetami - zachowuje się jak najgorsza memeja. 
Nic to.
W końcu nie po to jest w tej książce by stanowić wzór małżeński - tylko po to, by rozwiązywać zagadki kryminalne. Najczęściej wbrew kierownictwu gazety, które uważa ją za lekko niepoczytalną. 
To właściwie smutna postać, ale lubię.
 Lubię te książki, także ze względu na opis życia redakcji, które jak się okazuje funkcjonują tak samo jak w Polsce.  I nie jest to komplement, ani dla redakcji szwedzkich, ani dla polskich. 
Skandynawowie mają dużą potrzebę opisywania szczegółów, dzięki czemu ich życie codzienne,  nie ma już dla mnie większych tajemnic. Normalnie, bez znajomości języka, i wielu miesięcy tam spędzonych - nie miałabym na to szans. Wiem, co Skandynawowie jedzą piją, czytają, gdzie kupują meble, że w tramwajach mogą ich spotkać rasistowskie zaczepki,  i że mogą się dowiedzieć  w urzędzie wszystkiego o bliźnich, łącznie z ich rozmiarem buta.
  Annika, bez przerwy dzwoni do urzędu i gdzie uzyskuje datę urodzenia, adres, miejsce pracy, z kim delikwent prowadził interesy etc.  
To uderzające jeśli weźmiemy pod pod uwagę paranoję jaką w Polsce mamy na temat ochrony danych adresowych. Swoją drogą fikcyjną ochronę,  popatrzmy tylko jak chętnie dajemy różnych firmom nasze pesele. 


Camilla Lackberg,  ma niezwykły dar wymyślania historii: Wielkanoc, mała wyspa, rodzina jedząca posiłek nagle znika, zostają tylko naczynia i mała dziewczynka. 
Po latach mała dziewczyna wraca do rodzinnego domu, a ktoś usiłuję ją zabić. 
I co dalej? 
Chce się czytać. 
Niestety główna bohaterka książek  Camilla Lackberg , pisarka Erica, jest nudna jak flaki z olejem. Ciekawe w sumie, bo książki z nią czyta się świetnie. 
Tylko że wszyscy bohaterowie, nawet pięcioplanowi i na maksa irytujący, są ciekawsi od Eriki. 
Książki Lackberg to dla mnie najepszy dowód, że  babcia Weatherwax miała rację: nie można nie doceniać siły opowieści.
A teraz biorę jagodzianki i idę do parku czytać.


Fabrykantka Aniołków  Camilla Lackberg
Lisa Marklund Dożywocie
Wydawnictwo: Czarna Owca


25.06.2012

Z lewa i z prawa

To nie jest jakiś news, bo dostałam to kilka dni temu, ale dalej się otrząsnąć nie mogę.  Dalej będzie cytat: 


Wystartował projekt "Butterfly Class", prowadzony przez  Międzynarodowe Gimnazjum ARGONAUT, objęty patronatem Fundacji  Jolanty Kwaśniewskiej "Porozumienie bez Barier".  Do 30 czerwca rodzice i opiekunowie dzieci, które kończą szkołę  podstawową i aplikują do gimnazjum, mogą ubiegać się o przyjęcie do    szkoły ARGONAUT, gdzie młodzi liderzy odpowiedzialności społecznej,   utworzą specjalną klasę o profilu społecznym i będą mieli dodatkowe   zajęcia prowadzone przez przedstawicieli Fundacji „Porozumienie bez   Barier”. Projekt jest adresowany przede wszystkim do uczniów   pochodzących z niepełnych rodzin, którzy chcą rozwijać swoje postawy  altruistyczne w szkole kształcącej wrażliwość na krzywdę słabszych.


Zapytałam nawet dlaczego, akurat to dzieci z rozbitych rodzin, muszą się nauczyć kształtować postawy altruistyczne i dowiedziałam się, że "sytuacja materialna takich właśnie rodzin jest znacznie trudniejsza".


No i Git. Teraz już wiem na pewno, że jak ktoś jest biedny, to niestety ma trudności z wykształceniem w sobie uczuć wyższych. Ale Fundacja Jolanty Kwaśniewskiej mu w tym pomoże.
Ja wiem, że katechetki silnie współczuję dzieciom rozwiedzionych małżeństw "bo nie mają szans na normalne życie", ale nie wiedziałam, że to także lewicowa tendencja. 
I jeszcze jak już jesteśmy przy temacie, bardzo podoba mi się podkreślanie, że rodzice chłopca z Cieszyna żyją w konkubinacie, bo jak wiadomo w małżeństwie "takie rzeczy" się nie dzieją.
Idę jeść bób.

19.06.2012

Agent provocateur

                                                          źródło http://sklep.milla.net.pl/


Pożarłam się wczoraj okrutnie z laską, którą widziałam pierwszy raz w życiu. Poszło o staniki. 
Ja jako wierna wyznawczyni Lobby Biuściatych, które odmieniło moje życie nie mogłam przejść spokojnie obok herezji, że rozmiar biustu kończy się D. 
Ona nie wierzyła i wyśmiewała istnienie rozmiaru K. 
 To wtedy ja ...
A potem ona...
Moim zdaniem powinna zachować się bardziej kulturalnie, w końcu była gospodynią, a ja jej gościem.
Zreflektowałyśmy się w końcu, ale jest to fałszywy pokój. 
Nie pierwszy raz byłam świadkiem pyskówki w tym temacie. Kiedyś na jednym forum doszło do wirtualnego mordobicia na temat, czy noszenie bawełnianych majtek jest bezpośrednią przyczyną zdrad męskich, czy  też nie.
Było gorąco. Brakowało tylko kisielu.
Prawdę mówiąc nie przypominam, sobie, żeby dyskusja o facetach odbywała się z takimi emocjami.
Jest coś takiego w damskiej bieliźnie, że kłócimy się o nią do krwi ostatniej.
Tylko nie wiem, co?


15.06.2012

No i jak tu nie jechać

Im więcej czytam książek o Indiach, tym mniej rozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo chcą tam jechać.  
A że do tej pory nie byłam, muszę rozstrzygnąć ten problem, tylko na podstawie lektur. 

Po przeczytaniu "Lalek w ogniu" Pauliny Wilk, już właściwie zrezygnowałam. Wiedziałam, że nic mnie tam dobrego nie spotka. Porażająca bieda, brzydota, brak moralności, lub przeciwnie jej nadmiar...  
Żeby było jasne - to jest bardzo dobra książka. Jeśli chcecie poznać prawdę o tym kraju - trudno o lepszą. Wilk zagląda ludziom do kuchni, łóżek, codziennych gazet,  nawet do toalet. 
Mocny rozdział poświęcony defekacji, ostatecznie mnie zniechęcił. To było naprawdę świetnie napisane i w mój mózg się wrył pogląd, że w Indiach trzeba bardzo uważać, żeby nie wdepnąć. 
Jestem raczej prosta i nie dlatego chcę pojechać daleko, by przez cały czas patrzeć w ziemię
Szukam pięknych widoków, życzliwych ludzi i dobrej kuchni. 
Na szczęście życzliwa dusza obdarowała minie książką  Both'a "Jedz, módl się, jedz"  



"Rozczarowany życiem, nękany dojmującym poczuciem śmiertelności, niezdolny do skupienia się i najczęściej na lekkim rauszu Michael Booth" czytam na okładce. To przecież  o mnie!!! 
Gdzieś w Londynie jest moje alter ego. Wiedziałam, że nic nie powstrzyma mnie od przeczytania tej książki. 
Booth jedzie z rodziną do Indii, bo każe mu żona, która wyobraża sobie tę podróż raczej jako poszukiwania duchowe.  Ale Michael, wierny sobie krytyk kulinarny, wędruje od knajpy do knajpy, nieustannie w zachwycie nad hinduską sztuką kulinarną. 
Cytuje historyczkę, autorkę dzieła "Curry: opowieść o kucharzach i zdobywcach" i opisuje rodzaje marynat do baraniny, je na ulicy i w najlepszych hotelach.
Bieda jest, gdzieś w tle, niezauważalna.
 I na końcu, co można było przewidzieć, daje się namówić do tego no... duchowego przebudzenia. 
Przypuszczam, że książka Wilk jest prawdziwsza, ale jak już wyznałam jestem prosta.
I wolę bajki, niż najlepszą relację.
A także zapach czosnku, kurkumy, kolendry i chili podsmażanych na ghee, niż fekalii. 


  

09.06.2012

I have a dream



Mam takie marzenie, że pewnego dnia będę tak spokojna, zdystansowana i w ogóle zen, że NIC po prostu NIC nie mnie wyprowadzi z równowagi. 
Agresywny i chamski  kierowca - mam ZEN
Upierdliwe sprzedawczynie - mam ZEN
Nastoletnie, zbuntowane dzieci - mam ZEN
Telefon Maman z przemyśleniami na temat mojego życia - mam ZEN
Rozumiecie o jaki stan chodzi:)
Wiem, już nawet w jaki sposób to osiągnę: trenując uważność 
i medytując.
Mam  już kilka książek o medytacji, do większości nie zajrzałam.
A jak zaglądałam, to z miejsca uznawałam, że to zbyt trudne i wymagające zbyt wiele wyrzeczeń
Właściwie samo posiadanie tych książek robiło mi dobrze i po kupnie kolejnej czułam, że zbliżam do mojego przyszłego, wspaniałego życia.
Głęboko wierzę, że uważność pomaga w życiu, że daje narzędzia które pomogą nam pokonać agresję na drodze, upierdliwych i agresywnych ludzi, kłopoty drobne, acz męczące. 
Problem w tym, że to takie żmudne i czasochłonne, a ja chcę teraz, zaraz i tu.
Siegel obiecuje, że jeśli poświęcę 20 minut dziennie - osiągnę stan o który mi chodziło.  
Chcę mianowicie usiąć na kamieniu w lesie i nie myśleć o niczym innym, nie chcę kołowrotu myśli, poczucia winy z powodu rzeczy w przeszłości, czy lęku przed przyszłością.  
Zamierzam nauczyć się żyć w w teraźniejszości, w chwilach, tu i teraz. Niczego nie pragnąć, oczekiwać, spodziewać się. 
20 minut - trzeba tylko zacząć.
Ale czytało się dobrze.

  Uważność   Trening pokonywania codziennych trudności

Autor: Ronald D. Siegel  

 Wydawnictwo Czarna Owca 

05.06.2012

Ostatnie dni planety Ziemia

Gdzie się podziewają ludzie po czterdziestce?
Są składowani w jakiś specjalnych silosach?
Usypiani, zostają w domach i żyją z oszczędności?
Kurcze mam wrażenie, że ludzie po 35-tym roku życia są jakoś sprytnie eliminowani i że jest to część większego planu.
Czy zauważyliście, że teraz nastolatki robią wszystko by się do siebie upodobnić?
Za moich czasów ( TAK MAM PEŁNĄ ŚWIADOMOŚĆ, że to napisałam), chodziło o to, żeby się różnić.
Teraz nie.
Są jak mrówki, które tworzą wielką armię.
Oglądam film o o tym jak wielkie insekty opanowały ziemię
To wszystko ma sens.
update
bardzo ciekawe
 stracone-pokolenie-generacja-40


03.06.2012

Umiar à la polonaise

Brzuch mnie boli od bliżej nieokreślonego poczucia, że z czymś nawaliłam.
Boję się sięgnąć po komputer, bo w poczcie czekana pewno jakiś nieprzyjemny mail, który mnie rozwali.
Na wszelki wypadek nie wychodzę do ulubionej kawiarni, żeby nie spotkać któregoś ze znajomych, któremu coś obiecałam i nie dotrzymałam.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie bardzo wiem, co to za znajomy, jaka obietnica i co konkretnie miałam zrobić.
Uczucie jest co prawda bliżej nieokreślone, ale za to ból brzucha całkiem rzeczywisty.
Słucham w samochodzie koncertów obojowych, żeby uspokoić moje rozedrgane ego, ale skończyło się na tym, że zasłuchana, nie przepuściłam staruszka, co wyczekiwał na przejście. Wykrzykiwał za mną niecenzuralne słowa.
"Może mu się wykonanie nie podobało" - podsumował konkubent.
Dlatego wyczerpię swoją kartę do reszty i kupię tę torebkę, co nie powinnam jej kupić.
I to powiększy moje poczucie winy, bo właśnie skończyłam czytać "Sztukę umiaru".
Francuzka, żyjąca w Japonii na język konkretu przekłada ideę "Mniej znaczy więcej"
Zamiast ogromnych talerzy - miseczki z laki o pojemności żołądka
Zamiast pół kilograma kiełbachy - 10 dkg wykwintnego pasztetu.
Zamiast 10 kurtek - jedne dobry płaszcz z wielbłądziej wełny.
I tylko szampana można pić do woli - bo dobry dla zdrowotności.
I co zrozumiałam z tej pochwały umiaru?
Że muszę kupić miseczki z laki.
I płaszcz z wielbłądziej wełny.




Sztuka umiaru

Autor: Dominique Loreau 

Wydawnictwo CZARNA OWCA

31.05.2012

pin i zielone proszę



Udręki pewnej kasjerki - Anna Sam
Zawsze mnie ciekawiło, jak się czuje kasjerka, która milion razy dziennie mówi: "PIN i zielone proszę".
Czy przebywa w niebotycznym wkurwie, czy jest to rodzaj medytacji. 
Raz nawet zapytałam o to jedną sympatyczną dziewczynę z Empiku, ale rzuciła mi takie spojrzenie, że natychmiast jej obiecałam, że już nigdy nie zadam jej żadnego pytania.
Więc w sumie nie wiem.
Anna Sam to Francuzka, kiedy pisała tę książkę 30-latka z dyplomem uniwersyteckim z literatury i ośmioma latami spędzonymi za kasą w supermarkecie. Można się pociąć - prawda?
A przy najmniej nienawidzić ludzkość. 
I tak się też stało. 
Z książki Anny Sam natychmiast dowiedziałam się, że kasjerki nie lubią jak się gada przez komórkę - więc już tego nie robię.
Dowiedziałam się też, że kasjerki en masse nienawidzą klientów.
Anna Sam już nie musi, bo dzięki tej książeczce stała się Pisarką i przestała pracować na kasie. 
Ja pozostałam z poczuciem, że za każdym razem w supermarkecie ledwo uchodzę z życiem.
A książkę czyta się w dwie godziny.
Jak sobie pomyślę, że to podsumowanie 8 lat życia robi mi się smutno.
Mam jednak nadzieję, że Anna S. ma prawdziwy talent literacki i nie wróci do Auchan

27.05.2012

bardzo wybitne książki


Czytałam ją na plaży.
I przed snem w hotelu.
Potem w samolocie.
Potem przed snem w domu.
Kiedy ją skończyłam minęła cała pora roku.
Im dłużej ją czytałam, tym mniej mi się podobała.To nie jest zła książka. Podobno nawet wybitna.
 Problem z nią jest taki, że losy bohaterów niewiele mnie obchodzą. Patty Berglund mnie irytuje, jej mąż Walter zadziwia tą bezustanną miłością do niej. Syn dokonuje kompletnie niezrozumiałych wyborów, a córki praktycznie nie ma.Czytałam romanse, których bohaterowie budzili w mnie więcej emocji, choć ewidentnie byli romanse te były gorzej napisane.Być może chodzi o to, że jest to opis amerykańskich przedmieść. A przecież Lew Tołstoj opisywał rosyjską arystokrację. 
Na Boga ja nawet nie interesuję się Rosją, a Kitty wkurzała mnie tak jakby była moją sąsiadką.
Są takie powieści, niby nic nie można im zarzucić, ale człowiek nie rozumie po co zostały napisane.
Nic to.
Podobała się Obamie i Ophrze i najwybitniejszym światowym krytykom. Pewnie czegoś nie zrozumiałam.
Zasadniczo książka jest o małżeństwie, które żyje na przedmieściach. Żona jest nie do końca szczęśliwa, uwielbiany przez nią syn, wybiera rodzinę z nizin. Siostra się separuje.
A mąż zajmuje się działalnością ekologiczną i jest bardzo porządny.
Później wszystko się komplikuje. 
Ale w tych  komplikacjach nie ma energii.
W jednej z recenzji przeczytałam, że książka jest tak dobra, że aż sterylna i dlatego nie można się zaangażować. 
Coś w tym jest. 

Więc dlaczego kupiłam kolejną książkę Franzena?

"Korekty"

"Wolność"
Jonathan Franzen
Wydawnictwo: Sonia Draga  

24.05.2012

Czy wiecie co to munch?

Lidia Makowska jest moją ulubioną bohaterką dnia codziennego. I to nawet nie dlatego, że robi pożyteczne rzeczy, ale głównie dlatego, że pełni funkcje publiczne nie rezygnując przy tym z wolności w życiu prywatnym, oraz daje sobie swobodę do wyrażania poglądów, co nie są do końca kompatybilne z panującą obyczajowością.
 W tym samym wywiadzie  swobodnie mówi o poliamoryzmie i o blokowaniu budowy apartamentowców.
Z szacunku do Niej starałam się podejść do Puszczalskich bez uprzedzeń.

Książka jest regularnym amerykańskim poradnikiem, tylko przedmiot poradnictwa jest dość ekscentryczny. Jest to bowiem praktyczny poradnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygód, czyli pomaga otworzyć się na własne fantazje seksualne, a także uznać za normę, coś co w żadnym razie w naszym kraju normą nie jest.
Czy naprawdę jedyny słuszny seks to ten, który uprawiamy z jednym osobnikiem?
A może fajniejsze jest utrzymywanie więzi seksualnych z kilkoma osobami?
Z monogamią i tak ludzkości nie wychodzi, to może nadszedł czas, by zrezygnować z hipokryzji i zacząć się dobrze bawić?
Książka jest w mimo tematu bardzo niewinna, wiele tam o szacunku, otwartości dobrej komunikacji.
Uwielbiam zwłaszcza, rozdział o seksie grupowym, który  w gruncie rzeczy jest uroczo zachowawczy.
Oprócz podrozdziału o etykiecie podczas orgii, znajdziemy rady tym jak się pozbyć uprzedzeń i gdzie zostawić ubrania:)
A na końcu, jak w każdym  rasowym poradniku,  historia Lottie i June, które poznały się podczas orgii, a potem żyły długo i szczęśliwie.
Seks grupowy jest przedstawiony  zresztą, jako sposób na niską samoocenę. Kiedy będziesz obserwował innych ludzi, ich ciała, ich twarze w ekstazie, poczujesz na nim wiatr i słońce - oswoisz się z własnym niedoskonałym ciałem.

Jeśli chcesz, żyć w nudnej monogamii -  trudno. Ale pamiętaj, że masz inne możliwości.

Puszczalscy z zasadami
Wyd. Czarna Owca



20.05.2012

Motylem jestem


Mam pewien dysonans poznawczy, który jest związany z pracą i z lekturami na temat tejże.
Pisząc praca nie mam na myśli konkretnie swojej pracy tylko pewien byt.
Kłopot z owym bytem mam taki, że głęboko wierzę w to, co piszą autorzy różnych pozycji biznesowych. Wynika z owych, że trzeba być kreatywnym, wiernym sobie, komunikować się otwarcie i szczerze, szanować podwładnych i pozwalać im na pewną swobodę, ufać w ich kompetencje a nie kontrolować na każdym kroku etc.
A rzeczywistość skrzeczy i co trafiam do pracy, to mi świat udowadnia, że można inaczej.
I co więcej mimo jawnego gwałcenia zaleceń dotyczącej komunikacji otwartej i szczerej - organizacje owe funkcjonują bardzo dobrze i przynoszą zyski.
Co prawda mielą ludzi sprawniej niż młyny boże, ale ojtam.
I nagle w książce amerykańskiej dziennikarki Stephanie  Dologoff Przypadki 40-latki odkryłam o co tak naprawdę chodzi.
Owóż.
"Byłam najgrzeczniejszą dziewczynką wśród grzecznych dziewczynek(...) Nigdy nie mówiłam nie, bez względu na to  za jak głupi i skazany na niepowodzenie uważałam dany projekt. Byłam też nad wyraz sumienna. To wszystko sprawiło, że odniosłam duży sukces(...) " pisze Dologoff.
No tak powinna była na to wpaść przed czterdziestką.
Książka poza tym średnia.

Dolgoff Stephanie

Przypadki 40-latki Moje Życie tuż po Drugiej Stronie Młodości

wyd. Mirador



17.05.2012

rebus




najpierw przeczytałam Murakamiego i się zachwyciłam.

 Potem stwierdziłam, że też tak chcę i przeczytałam Gallowaya.
 Potem stwierdziłam, że zacznę biegać, ale wcześniej muszę kupić kilka drobiazgów:

nawiasem mówiąc kto mi wytłumaczy, co to znaczy zaawansowane damskie buty?
Aha i przyłączyłam się na fejsie do grupy o bieganiu.

I jak myślcie zaczęłam biegać?
Dzisiaj przebiegłam kilka metrów w drodze do Lida po wino.

Czy u Was też czytanie ambitnej literatury kończy się kompulsywnymi zakupami i piciem wina w poczuciu winy?

13.05.2012

pocztóweczki:)

Nie było mnie, bo jeździłam po Alzacji.
Mnie do zwiedzania trzeba zmuszać, bo podróże według mnie polegają na siedzeniu w knajpie, próbowaniu miejscowych potraw i alkoholi oraz obserwowaniu ludzi.
Teraz zostałam zmuszona i wiecie co było fajnie.
Co prawda nie było czasu na to, żeby pójść do supermarketu i kupić ocet winny z cydru ( niezbędny do życia produkt), ale i tak było nieźle.
Te miasteczka są tak malownicze, że w pewnym momencie człowiek tęskni za odrobiną brzydoty.
Alzatczycy dość starannie kultywują własną odrębność. Alzacja kilka razy przechodziła z  rąk do rąk. Była francuska, potem niemiecka, potem znowu francuska. Ale przewodnicy nie używają takich słów jak: wróciliśmy, zmuszono nas etc. Konstatują fakt, ale nie ma tam tych emocji związanych z zaborami.
Wina są super, ale kuchnia powiedzmy sobie to szczerze dość ciężka i  raczej niemiecka.
I niech Was ręka boska broni, przed próbowaniem choucroute. Bo to nic innego jak gotowana kapusta kiszona i boczek.
 Ale już rożne kisze i tarty są super.
 Są takie wsie garncarskie, naprawdę niesamowite.
 Te wsie są naprawdę niezwykłe, kolorowe domeczki z muru pruskiego, których rytmu nie zaburza nic współczesnego.



02.05.2012

to dlaczego się śmiała?

Przyjaciółka opowiedziała mi historię.
Były u koleżanki na dziewczyńskiej imprezie. Bawiły się świetnie, piły wino, śmiały się, gadały, wymieniały niegroźne złośliwości.
Przyjaciółka mówi, że wróciła do domu zadowolona, szczęśliwa, na rauszu.
Tylko, że następnego dnia rano owa znajoma zadzwoniła, że nie chce się więcej
się spotykać w tym gronie.
Że ona się czuje sponiewierana, że odebrała te złośliwości jako atak na nią, że się załamała, że to był najgorszy dzień w jej życiu etc
Przyjaciółka w szoku, bo laska przecież się śmiała przez cały czas.
Przypomniało mi się, ile razy znosiłam "niegroźne złośliwości" bo nie chciałam być niefajna. Więc śmiałam się z rzeczy, które mnie nie śmieszyły w imię fajności.
Gdzie jest ta granica złośliwości na nasz temat? W którym momencie mamy jeszcze dystanans, a w którym płoniemy słusznym gniewem.
Jak oddzielić przytyki, które są zabawne od tych, które są raniące?
My to wiemy, ale jak to za komunikować światu, żeby na końcu nie okazało się, że jesteś drętwa.




28.04.2012

Rusinek na długi weekend

Żywo się interesuję sprawą Rusinka, może dlatego, że mam alergię na bufonów, przekonanych, że mają prawo poczuć innych.
W każdym razie wolę diserkę w necie na ten temat, niż na temat komisji Macierewicza i cieszy mnie myśl, że kwestie lingwistyczne wywołują tak żywe reakcje.
Przyznaję się od razu, że zostałam członkiem grupy na Facebooku Witam Szanownego Pana Michała Rusinka, a także podpadłam jednej lingwistce określając temat duperelnym.
I na szczęście Szanowny Pan Rusinek nie pozwala tematowi zginąć, albowiem postanowił bronić swej tezy i popełnił tekst.
 Tekst Rusina w zamyśle będący ciętą ripostą
Gdyby komuś nie chciało się klikać to przekleję dwa fragmenty:

Jeżeli myślicie, że esemesując, blogując, ćwierkając na Twitterze czy aktualizując statusy na Facebooku, współtworzycie nową formę komunikacji - jesteście w błędzie
Pisze Rusinek, a kilka zdań później.
 Kiedy na Sycylii upadły rządy tyranów V w p.n.e., ludzie musieli przekonać sądy, że to właśnie im należy się ziemia, którą do tej pory uprawiali. Więcej... tu



I to jest ten moment, kiedy przestałam czytać ten tekst i pewnie wielu innych. 
Pisanie o komunikacji w social media i płynny przeskok do V w p.n.e. nie jest oczywiście karalne, ale świadczy, że Szanowny Pan Rusinek nie zamierza się nagiąć do zwyczajów panujących w necie.
Niestety tak składa, że o znaczeniu komunikatu decyduje odbiorca, nie nadawca. Rusinek kompletnie olewa zwyczaje panujące w sieci, a dla mnie to brak szacunku dla odbiorcy.   
A brak szacunku dla interlokutora oznacza w istocie, że rzekome dobre maniery to tylko pozłotka i tombak. 
A nikt tak dobrze jak internauci nie wyczuwa fałszu i bufonady i pewnie stąd kłopoty Rusinka.  

25.04.2012

Dlaczego literatura olewa ten ważny problem


Nie wiem, co gorsze, czy to, że płaczę na reklamie proszku do prania, czy to że ważę 100 kilogramów, czy to że trąbię na naukę jazdy. Nie to była nauka jazdy to był jakiś palant w starym polonezie. 
Mam mega PMS, podobno to najczęstsza przyczyna alkoholizmu u kobiet i prawdę mówiąc, nie wiem, czy te pół butelki wina doczeka zmierzchu.
A czy  znacie jakiś prawdziwy opis PMS-u w literaturze?
 Czy ktoś dotknął głębi tego problemu?