12.08.2015

Niech już spadnie ten deszcz

Jest nerwowo, a jednocześnie przymulająco.
Nikt nic nie robi, ale wielu z nas ma poczucie winy, że powinno się wykazać.
Świetnie słucha się muzyki i pije wino. Lub belgijskie piwa.
 Tak więc jest upał i tego dotyczą wszystkie rozmowy. Więc jak można w tej sytuacji ogłosić tryumfalny powrót na bloga i napisać zajebistą notkę.
No nie można.
Więc może piosenka
Na upały

06.07.2015

Świat widziany z perspektywy hamaka 


Wczoraj po raz pierwszy umyłam samochód i to nie w tym sensie, że pojechałam z nim do myjni, ale nalałam szamponu do miski i dużą gąbką namydlałam, a potem spłukiwałam wodą z węża.
I kurcze sprawiło mi to olbrzymią frajdę, zrozumiałam dlaczego facetów rajcują te obrazki dziewczyn w mokrym podkoszulku z dużą ilością piany szorujących samochód,
I wiecie, co erotyczne w tym obrazku nie są panienki, tylko namydlone auto. 
Serio
Jestem na wsi to i rozrywki mam nieskomplikowane.
 Leżę w hamaku, piję wino z kubka ( tajniaczę się przed matką) i czytam kolorowe gazety oraz jem truskawki i czereśnie. 
Totalnie pierdolnięta sąsiadka wyśpiewuje na cały głos jedno słowo: rozkraczona. 
Nie pytajcie - nie wiem. 
Codziennie śpiewa inne słowo. 
Dzisiaj przyjechała Pani, która opowiedziała mi, że siedem razy miała raka, ale się wyleczyła suplementami.
A dzień zaczyna od kawy i mocnych fajek...
Fajki pali rzeczywiście mocne - widziałam. Sprzedawała te suplementy. 
Żeby nie było - kupiłam. 
Mają mi przebudować całe DNA:))
To ja w sumie nie wiem, co się teraz w tej blogosferze pisze. 
Ja żyję tak. A wy? To miłe, że wciąż tu jesteście.
Zagubiona 

23.11.2013

Shut the door

Jak człowiek zmienia komputer to ma jedyną niepowtarzalną szansę, żeby zacząć życie od nowa.
Ja wiem, można zaimportować zakładki i przenieść wszystko na nowy teren. 
Ale przesiadłam się z maca na peceta i po drodze musiałam przekonwertować pliki z pages na doc i nie do końca umiałam przeprowadzić zakładki oraz muzykę z itunesa.
Nieważne.
Ważne, że musiałam zrobić selekcję i wybrać.
I to jest pouczające doświadczenie.
Ile człowiek śmiecia gromadzi po drodze.
Przypomina mi się historia jednej mojej chwilowej przyjaciółki ( 3-4 miesiące), która opowiedziała mi jak jej skradziono laptopa ze wszystkimi zdjęciami, tekstami etc.
W każdym razie były to pliki nigdzie indziej nie skopiowane i ona właściwie straciła historię życia.
Na początku rozpacz, a potem poczuła ulgę.
Poczuła się czysta.
Miałam podobnie jak mi komp padł i myślała, że wszystko straciłam, ale okazało się, że to była drobna usterka.

Więc musiałam to zrobić samodzielnie.
Nie wiem, nie wiem, może to co uznałam za nieistotne okaże się megaważne za miesiąc.
wtedy będę kombinowała.
Na razie czuję się czysta.
I trochę przestraszona.

21.11.2013

I znowu się nie dowiedziałam jak żyć

Faceci kupują czerwony, sportowe samochody, a kobiety ratują Matkę Ziemię lub pielęgnują własną duchowość. Lub wstrzykują botox.
Tak wygląda życie po czterdziestce według mnie.
Więc ja jestem tym przypadkiem z duchowością. No i trochę z botoxem - bądźmy szczerzy.
Są to zainteresowania czysto teoretyczne ( nie w przypadku botoxu), bo raczej czytam niż uprawiam. Ale jak zwykle mam refleksję.
Przeczytałam dzieło Mary Paterson "Mnisi i ja" na wakacjach, w okolicznościach plaży, wina i ogólnej beztroski.

Kanadyjka, joginka i osierocona przez rodziców córka jedzie odnaleźć siebie do klasztoru buddyjskiego we Francji odnaleźć siebie. Klasztor jest prowadzony przez słynnego wietnamskiego mnicha Thích Nhất Hạnh i znajduje w urokliwej miejscowości we Francji.
Fajne w tej książce jest to, że autorka się przyznaje do słabości. Niektórzy pielgrzymi ją wkurzają, ucieka na wagary, zdarza się że coś budzi jej wściekłość etc
Ja z całych sił od dawna próbuję się dowiedzieć co robić z ludźmi pełnymi złości, ciemności i w ogóle złej woli. Jak im się nie dać wciągnąć w ich bajkę? Do czego niestety mam silne tendencje.
Ideałem jest dostrzec w nich to okruch dobra i zrozumieć, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Obudzić w sobie miłość do nich, ale powiedzmy sobie na teraz to jest poza moim zasięgiem. 
Mary Paterson też nie radzi sobie z tym zbyt dobrze i w końcu postanawia ich unikać. 
No to jest jakieś rozwiązanie - nie zawsze możliwe. 
Natomiast to, co budzi we mnie wątpliwości to jej absolutna bezkrytyczność wobec przekazu.
Mniszki są święte, pełne ciepła i miłości. 
Mnisi mądrzy i konsekwentni.
Guru najmądrzejszy na świecie, pełen współczucia dla świata itd, itp
Swoją drogą dlaczego tylko mniszki zamiatają podłogę? 
No nic. 
Ja mam problem z ludźmi, sprawami i zjawiskami, które są bez wad. 
Po prostu w to nie wierzę i jak ktoś o nic nie pisze to albo mnie okłamuje, albo czegoś nie widzi, ergo jest głupi. 
Dlaczego więc skończyłam tę książkę, a teraz o niej piszę?
Bo fajnie poczytać o idealnej wyspie, gdzie przyjechali ludzie dobrej woli, w poszukiwaniu siebie i próbujący się otworzyć na siebie.
Nawet przez chwilę się zastanawiałam, czy też nie pojechać się pootwierać, ale trochę cena mnie zabiła.
Duchowość nie jest tania:)

14.11.2013

Pozory są zabawne

Ostatnio lecieliśmy do Malagi z lotniska w Berlinie, tanimi liniami of korse, bo po co przepłacać.
I kiedy ściśnięci czekaliśmy, aż nas wpuszczą na pokład obserwowaliśmy pewną parę.
Byli starsi, ubrani nawet nie biednie, tylko tak na maksa nijako.
Szaro buro, wyczłapane buty. Mogli bez problemu siedzieć na kartonach w charakterze bezdomnych.
Ale równie dobrze mogli robić tygodniowe zakupy w Biedronce.
 Pani miała w ręku reklamówkę, a pan jaką wyniszczony płócienny plecak.
Stali i patrzyli na płytę lotnisko, nieruchomi, bez słowa.
Byli nijacy i groźni w jakiś sposób. Zaczęliśmy się wygłupiać, że pewnie w reklamówce jest bomba a oni są światowej sławy terrorystami.
Nawet jeśli byli - nasz low costowy samolot nie był ich celem, bo do Malagi dolecieliśmy.
Nad tym,  czy Was dręczyć jak się leży na plaży w listopadzie, jeszcze się zastanowię:)
W każdym razie wracaliśmy tydzień później. Wylądowaliśmy w zimnym, ciemnym,  deszczowym Berlinie i zaprawdę nie było to dobre.
Czekamy na parkingu na pana, który nas miał odebrać, by zawieźć na parking na którym zostawiliśmy swoje auto, gdy okazało się, że para czeka z nami.
Wyglądali identycznie, nawet reklamówka była taka sama.
Do busika wszedł jeszcze wymuskany pan w prochowcu, z błyszczącą skórzaną teczką, ogólnie z siebie zadowolony.
Para bez widocznych zmian: milczący, nieobecni i jakoś wewnętrznie wkurwieni.
No cóż dalej się pewnie domyślacie.
Pan wymuskany wsiadł do Renault Clio, a bezdomna para do megawypasionego mercedesa.


03.11.2013

A ja lubię żaby

"Los im rolę zgotował nielekką"
Karolina Krowin Piotrowska, której książkę czytam z zapartym tchem na każdym kroku podkreśla swoje dobre pochodzenie, przodków z przeszłością akowska, powstańczą etc.
I przeciwstawia je ambitnym dziewczynom z Kielc, Koziej Wólki, czy innej Łomży.  W sumie nie wiem, czemu ten zabieg ma służyć.
Czym się różni sukces ludzi z korzeniami od sukcesu ludzi bez korzeni?
Miałam kiedyś taką koleżankę, która miała równie, dobre, a może i lepsze pochodzenie i też wciąż o tym mówiła.  Mnie tam nauczono, ( a nie mam takich dobrych przodków) że to w złym guście.  W sumie to logiczne, nie mam o kim mówić:)))
Jak pamiętacie żaby wiernie towarzyszyły czarownicom, ale nie były wynagradzane, bo ginęły w wywarach.
I KKP jest taką żabą polskiego szołbizu. Na pewno wie o nim wszystko, ale nie ma dystansu.
To szołbiz jej nie lubi, krytykuje i wyśmiewa.
I przy jej wiedzy, inteligencji jest jakaś bezbronna w tej książce, w tych wywiadach, choć tak często krytykuje nieumiejętność udzielania wywiadów u innych osób.
To podkreślanie pochodzenia, wspominanie, że lubi celebrytę, bo zadzwonił kiedy było jej ciężko, natrętne podkreślanie, że jakiś celebryta to jej przyjaciel i ona nic o nim nie napisze złego etc - to ewidentne pokazywanie słabości.
I w sumie mało profesjonalne, ale za to ludzkie.
Karolina KP nie ma w sobie nic z suki, ale ma miękkie, białe, żabie podbrzusze.
I dlatego ją lubię.



29.10.2013

Po co ja to piszę

Czasem tak jest. Nadchodzi dzień w poszukiwaniu papu
Możesz zaczynać dzień od koktajlu z kaszy jaglanej z mlekiem ryżowym i karobem, a na kolację jeść warzywa z quinoą ale nastaje TEN dzień.
Dzień Macdonalda, KFC etc.
Obudziłam się dziś i wiedziałam, że łatwo nie będzie.
Skończyłam szybciej spotkanie bo hamburger nachalnie kiwał w moim kierunku i nie pozwolił się na niczym skupić.
Po drodze napotkałam słynny bar Witek, gdzie pożarłam klasycznego we Wrocławiu tost z pieczarkami i ogórkiem konserwowym.
Po czem przeturlałam się na drugi koniec Rynku by wciągnąć torcik bezowy, migdałowy z sosem malinowym.

Gardzę sobą

21.07.2013

bez ładu

Miałam gości. Przez trzy tygodnie.
I powiedzmy sobie to otwarcie, nawet na dużej przestrzeni, nawet ludzie, których uwielbiamy i którzy są mało kłopotliwi,
zaczynają lekko DRAŻNIĆ.
Powiedziałabym, że to atawizm, ale przecież kiedyś, w tych jaskiniach, wszyscy byli na kupie i jakoś dawali radę.
Więc atawizm - nie.
Pewnie jestem po prostu niegościnna:)

Ale w związku z wizytą mam refleksję.
Goście byli zza granicy, zza dalekiej granicy i byli niezwykle życzliwi światu.
Ale tak szczerze, z serca, nie przez zaciśnięte zęby.
Po prostu taką mieli konstrukcję: raczej widzieli to, co dobre, niż to co złe.
Trochę mi przypominali famy .
Famy jak wiadomo, specjalnie  mądre nie były, a moi gości i owszem.
Mądrzy i dobrzy.
Zawsze myślałam, że to się wyklucza, że jak człowiek jest przenikliwy to musi z czasem stać się cyniczny.
I bezgraniczna ufność w ludzi kojarzyła się mi się raczej z lekkim ograniczeniem umysłowym.
 Może to jest ten kolejny etap, po cynizmie, wraca nadzieja.
Ale nadzieje, też nie były specjalnie inteligentne:(

Dalej jestem zmęczona, co widać po powyższej notce.
A wakacje daleko na horyzoncie.
I w związku z wakacjami pytanie mam:
Czy jest sens jechać do Hiszpanii w listopadzie?
Raczej interesuje mnie gapienie się na ludzi, dobre jedzenie i wino niż plaża.
Ale nie chcę, żeby było zimno.







23.06.2013

Życie chwilowo mnie przerasta

Najchętniej poświęciłabym się smażeniu konfitur i nastawianiu nalewek, leżała na trawie i gapiła się w niebo.
Naprawdę nie do końca rozumiem ludzi, którzy żyją pracą.
Co prawda też żyję robotą, ale z dużą niechęcią.
Lipy pachną, owady brzęczą, słońce rozleniwia.
Czynności zarobkowe wzbudzają we mnie odrazę.
 Na szczęście od jutra zacznie padać, więc powrót do kompa, da się jakoś wytrzymać.
Pojechaliśmy na wycieczkę, ale po 10 kilometrach, złapałam gumę, w krainie nigdzie, nigdzie.
Więc wycieczka zrobiła się piesza:)
I w to sielskie, niedzielne popołudnie, na wiejskich drogach, w tych zapachach, słońcu i brzęczeniu udało mi się wkurwić rowerzystę, któremu nie dość szybko usunęłam się z drogi z moim zepsutym rowerem.
I po co taki ktoś wyjeżdżał w plener, przecież w mieście był marsz w obronie TV Trwam?
Zaprawdę ludzkości kochać się nie da.