Najdziwniejsze zaś było to, że nagle poczuła się zupełnie bezpieczna.(..) Bo właściwie dlaczego miałaby się niepokoić? Katastrofa przecież nareszcie przyszła.
opowiadania z doliny muminków, tove jansson

Chcesz polecieć na koniec świata?

24.05.2012

Czy wiecie co to munch?

Lidia Makowska jest moją ulubioną bohaterką dnia codziennego. I to nawet nie dlatego, że robi pożyteczne rzeczy, ale głównie dlatego, że pełni funkcje publiczne nie rezygnując przy tym z wolności w życiu prywatnym, oraz daje sobie swobodę do wyrażania poglądów, co nie są do końca kompatybilne z panującą obyczajowością.
 W tym samym wywiadzie  swobodnie mówi o poliamoryzmie i o blokowaniu budowy apartamentowców.
Z szacunku do Niej starałam się podejść do Puszczalskich bez uprzedzeń.

Książka jest regularnym amerykańskim poradnikiem, tylko przedmiot poradnictwa jest dość ekscentryczny. Jest to bowiem praktyczny poradnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygód, czyli pomaga otworzyć się na własne fantazje seksualne, a także uznać za normę, coś co w żadnym razie w naszym kraju normą nie jest.
Czy naprawdę jedyny słuszny seks to ten, który uprawiamy z jednym osobnikiem?
A może fajniejsze jest utrzymywanie więzi seksualnych z kilkoma osobami?
Z monogamią i tak ludzkości nie wychodzi, to może nadszedł czas, by zrezygnować z hipokryzji i zacząć się dobrze bawić?
Książka jest w mimo tematu bardzo niewinna, wiele tam o szacunku, otwartości dobrej komunikacji.
Uwielbiam zwłaszcza, rozdział o seksie grupowym, który  w gruncie rzeczy jest uroczo zachowawczy.
Oprócz podrozdziału o etykiecie podczas orgii, znajdziemy rady tym jak się pozbyć uprzedzeń i gdzie zostawić ubrania:)
A na końcu, jak w każdym  rasowym poradniku,  historia Lottie i June, które poznały się podczas orgii, a potem żyły długo i szczęśliwie.
Seks grupowy jest przedstawiony  zresztą, jako sposób na niską samoocenę. Kiedy będziesz obserwował innych ludzi, ich ciała, ich twarze w ekstazie, poczujesz na nim wiatr i słońce - oswoisz się z własnym niedoskonałym ciałem.

Jeśli chcesz, żyć w nudnej monogamii -  trudno. Ale pamiętaj, że masz inne możliwości.

Puszczalscy z zasadami
Wyd. Czarna Owca



20.05.2012

Motylem jestem


Mam pewien dysonans poznawczy, który jest związany z pracą i z lekturami na temat tejże.
Pisząc praca nie mam na myśli konkretnie swojej pracy tylko pewien byt.
Kłopot z owym bytem mam taki, że głęboko wierzę w to, co piszą autorzy różnych pozycji biznesowych. Wynika z owych, że trzeba być kreatywnym, wiernym sobie, komunikować się otwarcie i szczerze, szanować podwładnych i pozwalać im na pewną swobodę, ufać w ich kompetencje a nie kontrolować na każdym kroku etc.
A rzeczywistość skrzeczy i co trafiam do pracy, to mi świat udowadnia, że można inaczej.
I co więcej mimo jawnego gwałcenia zaleceń dotyczącej komunikacji otwartej i szczerej - organizacje owe funkcjonują bardzo dobrze i przynoszą zyski.
Co prawda mielą ludzi sprawniej niż młyny boże, ale ojtam.
I nagle w książce amerykańskiej dziennikarki Stephanie  Dologoff Przypadki 40-latki odkryłam o co tak naprawdę chodzi.
Owóż.
"Byłam najgrzeczniejszą dziewczynką wśród grzecznych dziewczynek(...) Nigdy nie mówiłam nie, bez względu na to  za jak głupi i skazany na niepowodzenie uważałam dany projekt. Byłam też nad wyraz sumienna. To wszystko sprawiło, że odniosłam duży sukces(...) " pisze Dologoff.
No tak powinna była na to wpaść przed czterdziestką.
Książka poza tym średnia.

Dolgoff Stephanie

Przypadki 40-latki Moje Życie tuż po Drugiej Stronie Młodości

wyd. Mirador



17.05.2012

rebus




najpierw przeczytałam Murakamiego i się zachwyciłam.

 Potem stwierdziłam, że też tak chcę i przeczytałam Gallowaya.
 Potem stwierdziłam, że zacznę biegać, ale wcześniej muszę kupić kilka drobiazgów:

nawiasem mówiąc kto mi wytłumaczy, co to znaczy zaawansowane damskie buty?
Aha i przyłączyłam się na fejsie do grupy o bieganiu.

I jak myślcie zaczęłam biegać?
Dzisiaj przebiegłam kilka metrów w drodze do Lida po wino.

Czy u Was też czytanie ambitnej literatury kończy się kompulsywnymi zakupami i piciem wina w poczuciu winy?

13.05.2012

pocztóweczki:)

Nie było mnie, bo jeździłam po Alzacji.
Mnie do zwiedzania trzeba zmuszać, bo podróże według mnie polegają na siedzeniu w knajpie, próbowaniu miejscowych potraw i alkoholi oraz obserwowaniu ludzi.
Teraz zostałam zmuszona i wiecie co było fajnie.
Co prawda nie było czasu na to, żeby pójść do supermarketu i kupić ocet winny z cydru ( niezbędny do życia produkt), ale i tak było nieźle.
Te miasteczka są tak malownicze, że w pewnym momencie człowiek tęskni za odrobiną brzydoty.
Alzatczycy dość starannie kultywują własną odrębność. Alzacja kilka razy przechodziła z  rąk do rąk. Była francuska, potem niemiecka, potem znowu francuska. Ale przewodnicy nie używają takich słów jak: wróciliśmy, zmuszono nas etc. Konstatują fakt, ale nie ma tam tych emocji związanych z zaborami.
Wina są super, ale kuchnia powiedzmy sobie to szczerze dość ciężka i  raczej niemiecka.
I niech Was ręka boska broni, przed próbowaniem choucroute. Bo to nic innego jak gotowana kapusta kiszona i boczek.
 Ale już rożne kisze i tarty są super.
 Są takie wsie garncarskie, naprawdę niesamowite.
 Te wsie są naprawdę niezwykłe, kolorowe domeczki z muru pruskiego, których rytmu nie zaburza nic współczesnego.



02.05.2012

to dlaczego się śmiała?

Przyjaciółka opowiedziała mi historię.
Były u koleżanki na dziewczyńskiej imprezie. Bawiły się świetnie, piły wino, śmiały się, gadały, wymieniały niegroźne złośliwości.
Przyjaciółka mówi, że wróciła do domu zadowolona, szczęśliwa, na rauszu.
Tylko, że następnego dnia rano owa znajoma zadzwoniła, że nie chce się więcej
się spotykać w tym gronie.
Że ona się czuje sponiewierana, że odebrała te złośliwości jako atak na nią, że się załamała, że to był najgorszy dzień w jej życiu etc
Przyjaciółka w szoku, bo laska przecież się śmiała przez cały czas.
Przypomniało mi się, ile razy znosiłam "niegroźne złośliwości" bo nie chciałam być niefajna. Więc śmiałam się z rzeczy, które mnie nie śmieszyły w imię fajności.
Gdzie jest ta granica złośliwości na nasz temat? W którym momencie mamy jeszcze dystanans, a w którym płoniemy słusznym gniewem.
Jak oddzielić przytyki, które są zabawne od tych, które są raniące?
My to wiemy, ale jak to za komunikować światu, żeby na końcu nie okazało się, że jesteś drętwa.




28.04.2012

Rusinek na długi weekend

Żywo się interesuję sprawą Rusinka, może dlatego, że mam alergię na bufonów, przekonanych, że mają prawo poczuć innych.
W każdym razie wolę diserkę w necie na ten temat, niż na temat komisji Macierewicza i cieszy mnie myśl, że kwestie lingwistyczne wywołują tak żywe reakcje.
Przyznaję się od razu, że zostałam członkiem grupy na Facebooku Witam Szanownego Pana Michała Rusinka, a także podpadłam jednej lingwistce określając temat duperelnym.
I na szczęście Szanowny Pan Rusinek nie pozwala tematowi zginąć, albowiem postanowił bronić swej tezy i popełnił tekst.
 Tekst Rusina w zamyśle będący ciętą ripostą
Gdyby komuś nie chciało się klikać to przekleję dwa fragmenty:

Jeżeli myślicie, że esemesując, blogując, ćwierkając na Twitterze czy aktualizując statusy na Facebooku, współtworzycie nową formę komunikacji - jesteście w błędzie
Pisze Rusinek, a kilka zdań później.
 Kiedy na Sycylii upadły rządy tyranów V w p.n.e., ludzie musieli przekonać sądy, że to właśnie im należy się ziemia, którą do tej pory uprawiali. Więcej... tu



I to jest ten moment, kiedy przestałam czytać ten tekst i pewnie wielu innych. 
Pisanie o komunikacji w social media i płynny przeskok do V w p.n.e. nie jest oczywiście karalne, ale świadczy, że Szanowny Pan Rusinek nie zamierza się nagiąć do zwyczajów panujących w necie.
Niestety tak składa, że o znaczeniu komunikatu decyduje odbiorca, nie nadawca. Rusinek kompletnie olewa zwyczaje panujące w sieci, a dla mnie to brak szacunku dla odbiorcy.   
A brak szacunku dla interlokutora oznacza w istocie, że rzekome dobre maniery to tylko pozłotka i tombak. 
A nikt tak dobrze jak internauci nie wyczuwa fałszu i bufonady i pewnie stąd kłopoty Rusinka.  

25.04.2012

Dlaczego literatura olewa ten ważny problem


Nie wiem, co gorsze, czy to, że płaczę na reklamie proszku do prania, czy to że ważę 100 kilogramów, czy to że trąbię na naukę jazdy. Nie to była nauka jazdy to był jakiś palant w starym polonezie. 
Mam mega PMS, podobno to najczęstsza przyczyna alkoholizmu u kobiet i prawdę mówiąc, nie wiem, czy te pół butelki wina doczeka zmierzchu.
A czy  znacie jakiś prawdziwy opis PMS-u w literaturze?
 Czy ktoś dotknął głębi tego problemu?




23.04.2012

Pozerka


Chodzę, na jogę dość regularnie, ale widocznie za mało, by osiągnąć spokój ducha, który jest podobno w pakiecie.
Moi nauczyciele też nie zawsze stoją duchowo na jakiś wyżynach.
 Ludzie, niektórzy dość irytujący. 
I dlatego podobała mi się Pozerka Claire Dederer.
Bo jodze tak naprawdę nie ma olśnień jest tylko ciężka, mozolna praca, dziwnie podobna do tej jaką mamy przy budowaniu związku, wychowywaniu dzieci czy próbach awansu.
I z takich kamyczków prawdy zbudowana jest ta powieść.
Co się dzieje na przykład  kiedy Twój mąż ma depresję:
a - współczujesz mu,
b - masz ochotę go zabić, 
c - pomagasz mu w znalezieniu fachowej pomocy. 
Większość z nas deklaruje a lub c, a tak naprawdę czuje b. 
Nie oszukujmy się - ludzie w depresji są wkurzający na maksa:)
A Claire pisze o tym od razu, bez upiększeń, przed depresją męża ucieka na lekcje jogi, gdzie wcale nie znajduje koła wspierających kobiet, tylko instruktorów, czasem szalonych, rzadko charyzmatycznych i litościwe spojrzenia bardziej rozciągniętych koleżanek.
Tak, tak ludzie na jodze porównują się, spoglądają ukradkiem i znajdują cichą radość, że ktoś wykonuje psa gorzej niż Ty.
Przed zaborczą matką ucieka do innego stanu.
Tak, tak dorośli ludzie czasem nie potrafią stawić czoła swoim rodzicom, tylko uciekają kilkaset kilometrów dalej.
I ja chcę żebyś, ktoś o tym pisał, ale nie z pozycji wyższości, ale z łagodną wyrozumiałością.
A jak się komuś taki pomysł nie podoba  to pozostaje jeszcze ta książka: 

Słitaśna i poprawiająca humor, dużo przyjaciółek, stosowna przemiana i zero nieefektownej prawdy.
Tyz piknie.












Opowieści ze studia jogi Rain Mitchel wyd. Amber

Pozerka. Moje życie w dwudziestu trzech pozycjach jogi  Claire Dederer wyd. WAB


22.04.2012

Nów i poniedziałek

Czas na ezoteryczną lekturę więc.
Bo wiadomo,  poniedziałek i nów to zawsze szansa na jakieś nowe życie: chudniemy, rzucamy facetów co nie są dla nas dobrzy, oraz mówimy szefowi, co naprawdę o nim myślimy. Albo mamie. To zależy do naszych osobistych koszmarów.

Właściwie, nie wiem, po co czytam  kobiece pisma. Zazwyczaj okazuje się, że muszę kupić natychmiast masę  bardzo drogich rzeczy ( kosmetyków i torebek), a kobiety młodsze ode mnie (  i chudsze) osiągnęły w życiu sto razy więcej.
Norma.
Ale Zwierciadło jest jeszcze gorsze.  Tam bowiem straszy Wojciech Eichelberger. On nawet nie każe nic kupować.
On jest WIEDZĄCY.
Eichelberger, w każdym numerze pisma, udziela wywiadu Beacie Pawłowicz w cyklu, który nazywa się "Życie wewnętrzne".
Czytam pilnie i już wiem, co WE myśli o przedłużeniu wieku emerytalnego dla kobiet: Że to źle, bo zamiast zająć się wnukami, starsze kobiety będą musiały doginać w korpo.
Ale mnie bliższe są dywagacje myśliciela na temat pigułki antykoncepcyjnej.
Eichelberger obwieścił, że nastąpił już koniec ery patriarchatu (w skrócie KEP), KEP  zawdzięczamy pigułce antykoncepcyjnej. Niestety pigułkę wymyślił mężczyzna.  A ponieważ to wynalazek męsko-diabelski to zaszkodził kobietom.
Mężczyźni wymyślili pigułkę, bo chcieli:

  • zarobić na jej produkcji,
  • pozbyć się odpowiedzialności za antykoncepcję, 
  • a także móc bzykać bezkarnie poza małżeństwem. 

 Kobiety jak nie musiały już rodzić, masowo zaczęły pracować.
"W ten sposób pigułka pozwoliła wprząc miliardy kobiet w realizację patriarchalnej  obsesji wzrostu i przyrostu" - mówi W. Eichelberger.
Potem jest o tym, że kobiety są wciąż zniewolone i ich los zależy od tego, czy demiurg rynek zdecyduje się dalej produkować pigułkę.
Jak kobiety mają się bronić przed zamachem na ich wolność - pyta zrozpaczona dziennikarka.
Metoda kalendarzykowa - odpowiada myśliciel. - Każda kobieta powinna ją znać. 
Mnie już jest naprawdę wszystko jedno, czy o kobietach wypowiadają się patriarchowie kościelni, czy wyznawcy New Age.
Na końcu zawsze się okazuje, że nie wolno się malować, trzeba być chudym, dobrym dla męża i posługiwać się metodą kalendarzykową.
Amen