31.05.2012

pin i zielone proszę



Udręki pewnej kasjerki - Anna Sam
Zawsze mnie ciekawiło, jak się czuje kasjerka, która milion razy dziennie mówi: "PIN i zielone proszę".
Czy przebywa w niebotycznym wkurwie, czy jest to rodzaj medytacji. 
Raz nawet zapytałam o to jedną sympatyczną dziewczynę z Empiku, ale rzuciła mi takie spojrzenie, że natychmiast jej obiecałam, że już nigdy nie zadam jej żadnego pytania.
Więc w sumie nie wiem.
Anna Sam to Francuzka, kiedy pisała tę książkę 30-latka z dyplomem uniwersyteckim z literatury i ośmioma latami spędzonymi za kasą w supermarkecie. Można się pociąć - prawda?
A przy najmniej nienawidzić ludzkość. 
I tak się też stało. 
Z książki Anny Sam natychmiast dowiedziałam się, że kasjerki nie lubią jak się gada przez komórkę - więc już tego nie robię.
Dowiedziałam się też, że kasjerki en masse nienawidzą klientów.
Anna Sam już nie musi, bo dzięki tej książeczce stała się Pisarką i przestała pracować na kasie. 
Ja pozostałam z poczuciem, że za każdym razem w supermarkecie ledwo uchodzę z życiem.
A książkę czyta się w dwie godziny.
Jak sobie pomyślę, że to podsumowanie 8 lat życia robi mi się smutno.
Mam jednak nadzieję, że Anna S. ma prawdziwy talent literacki i nie wróci do Auchan

27.05.2012

bardzo wybitne książki


Czytałam ją na plaży.
I przed snem w hotelu.
Potem w samolocie.
Potem przed snem w domu.
Kiedy ją skończyłam minęła cała pora roku.
Im dłużej ją czytałam, tym mniej mi się podobała.To nie jest zła książka. Podobno nawet wybitna.
 Problem z nią jest taki, że losy bohaterów niewiele mnie obchodzą. Patty Berglund mnie irytuje, jej mąż Walter zadziwia tą bezustanną miłością do niej. Syn dokonuje kompletnie niezrozumiałych wyborów, a córki praktycznie nie ma.Czytałam romanse, których bohaterowie budzili w mnie więcej emocji, choć ewidentnie byli romanse te były gorzej napisane.Być może chodzi o to, że jest to opis amerykańskich przedmieść. A przecież Lew Tołstoj opisywał rosyjską arystokrację. 
Na Boga ja nawet nie interesuję się Rosją, a Kitty wkurzała mnie tak jakby była moją sąsiadką.
Są takie powieści, niby nic nie można im zarzucić, ale człowiek nie rozumie po co zostały napisane.
Nic to.
Podobała się Obamie i Ophrze i najwybitniejszym światowym krytykom. Pewnie czegoś nie zrozumiałam.
Zasadniczo książka jest o małżeństwie, które żyje na przedmieściach. Żona jest nie do końca szczęśliwa, uwielbiany przez nią syn, wybiera rodzinę z nizin. Siostra się separuje.
A mąż zajmuje się działalnością ekologiczną i jest bardzo porządny.
Później wszystko się komplikuje. 
Ale w tych  komplikacjach nie ma energii.
W jednej z recenzji przeczytałam, że książka jest tak dobra, że aż sterylna i dlatego nie można się zaangażować. 
Coś w tym jest. 

Więc dlaczego kupiłam kolejną książkę Franzena?

"Korekty"

"Wolność"
Jonathan Franzen
Wydawnictwo: Sonia Draga  

24.05.2012

Czy wiecie co to munch?

Lidia Makowska jest moją ulubioną bohaterką dnia codziennego. I to nawet nie dlatego, że robi pożyteczne rzeczy, ale głównie dlatego, że pełni funkcje publiczne nie rezygnując przy tym z wolności w życiu prywatnym, oraz daje sobie swobodę do wyrażania poglądów, co nie są do końca kompatybilne z panującą obyczajowością.
 W tym samym wywiadzie  swobodnie mówi o poliamoryzmie i o blokowaniu budowy apartamentowców.
Z szacunku do Niej starałam się podejść do Puszczalskich bez uprzedzeń.

Książka jest regularnym amerykańskim poradnikiem, tylko przedmiot poradnictwa jest dość ekscentryczny. Jest to bowiem praktyczny poradnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygód, czyli pomaga otworzyć się na własne fantazje seksualne, a także uznać za normę, coś co w żadnym razie w naszym kraju normą nie jest.
Czy naprawdę jedyny słuszny seks to ten, który uprawiamy z jednym osobnikiem?
A może fajniejsze jest utrzymywanie więzi seksualnych z kilkoma osobami?
Z monogamią i tak ludzkości nie wychodzi, to może nadszedł czas, by zrezygnować z hipokryzji i zacząć się dobrze bawić?
Książka jest w mimo tematu bardzo niewinna, wiele tam o szacunku, otwartości dobrej komunikacji.
Uwielbiam zwłaszcza, rozdział o seksie grupowym, który  w gruncie rzeczy jest uroczo zachowawczy.
Oprócz podrozdziału o etykiecie podczas orgii, znajdziemy rady tym jak się pozbyć uprzedzeń i gdzie zostawić ubrania:)
A na końcu, jak w każdym  rasowym poradniku,  historia Lottie i June, które poznały się podczas orgii, a potem żyły długo i szczęśliwie.
Seks grupowy jest przedstawiony  zresztą, jako sposób na niską samoocenę. Kiedy będziesz obserwował innych ludzi, ich ciała, ich twarze w ekstazie, poczujesz na nim wiatr i słońce - oswoisz się z własnym niedoskonałym ciałem.

Jeśli chcesz, żyć w nudnej monogamii -  trudno. Ale pamiętaj, że masz inne możliwości.

Puszczalscy z zasadami
Wyd. Czarna Owca



20.05.2012

Motylem jestem


Mam pewien dysonans poznawczy, który jest związany z pracą i z lekturami na temat tejże.
Pisząc praca nie mam na myśli konkretnie swojej pracy tylko pewien byt.
Kłopot z owym bytem mam taki, że głęboko wierzę w to, co piszą autorzy różnych pozycji biznesowych. Wynika z owych, że trzeba być kreatywnym, wiernym sobie, komunikować się otwarcie i szczerze, szanować podwładnych i pozwalać im na pewną swobodę, ufać w ich kompetencje a nie kontrolować na każdym kroku etc.
A rzeczywistość skrzeczy i co trafiam do pracy, to mi świat udowadnia, że można inaczej.
I co więcej mimo jawnego gwałcenia zaleceń dotyczącej komunikacji otwartej i szczerej - organizacje owe funkcjonują bardzo dobrze i przynoszą zyski.
Co prawda mielą ludzi sprawniej niż młyny boże, ale ojtam.
I nagle w książce amerykańskiej dziennikarki Stephanie  Dologoff Przypadki 40-latki odkryłam o co tak naprawdę chodzi.
Owóż.
"Byłam najgrzeczniejszą dziewczynką wśród grzecznych dziewczynek(...) Nigdy nie mówiłam nie, bez względu na to  za jak głupi i skazany na niepowodzenie uważałam dany projekt. Byłam też nad wyraz sumienna. To wszystko sprawiło, że odniosłam duży sukces(...) " pisze Dologoff.
No tak powinna była na to wpaść przed czterdziestką.
Książka poza tym średnia.

Dolgoff Stephanie

Przypadki 40-latki Moje Życie tuż po Drugiej Stronie Młodości

wyd. Mirador



17.05.2012

rebus




najpierw przeczytałam Murakamiego i się zachwyciłam.

 Potem stwierdziłam, że też tak chcę i przeczytałam Gallowaya.
 Potem stwierdziłam, że zacznę biegać, ale wcześniej muszę kupić kilka drobiazgów:

nawiasem mówiąc kto mi wytłumaczy, co to znaczy zaawansowane damskie buty?
Aha i przyłączyłam się na fejsie do grupy o bieganiu.

I jak myślcie zaczęłam biegać?
Dzisiaj przebiegłam kilka metrów w drodze do Lida po wino.

Czy u Was też czytanie ambitnej literatury kończy się kompulsywnymi zakupami i piciem wina w poczuciu winy?

13.05.2012

pocztóweczki:)

Nie było mnie, bo jeździłam po Alzacji.
Mnie do zwiedzania trzeba zmuszać, bo podróże według mnie polegają na siedzeniu w knajpie, próbowaniu miejscowych potraw i alkoholi oraz obserwowaniu ludzi.
Teraz zostałam zmuszona i wiecie co było fajnie.
Co prawda nie było czasu na to, żeby pójść do supermarketu i kupić ocet winny z cydru ( niezbędny do życia produkt), ale i tak było nieźle.
Te miasteczka są tak malownicze, że w pewnym momencie człowiek tęskni za odrobiną brzydoty.
Alzatczycy dość starannie kultywują własną odrębność. Alzacja kilka razy przechodziła z  rąk do rąk. Była francuska, potem niemiecka, potem znowu francuska. Ale przewodnicy nie używają takich słów jak: wróciliśmy, zmuszono nas etc. Konstatują fakt, ale nie ma tam tych emocji związanych z zaborami.
Wina są super, ale kuchnia powiedzmy sobie to szczerze dość ciężka i  raczej niemiecka.
I niech Was ręka boska broni, przed próbowaniem choucroute. Bo to nic innego jak gotowana kapusta kiszona i boczek.
 Ale już rożne kisze i tarty są super.
 Są takie wsie garncarskie, naprawdę niesamowite.
 Te wsie są naprawdę niezwykłe, kolorowe domeczki z muru pruskiego, których rytmu nie zaburza nic współczesnego.



02.05.2012

to dlaczego się śmiała?

Przyjaciółka opowiedziała mi historię.
Były u koleżanki na dziewczyńskiej imprezie. Bawiły się świetnie, piły wino, śmiały się, gadały, wymieniały niegroźne złośliwości.
Przyjaciółka mówi, że wróciła do domu zadowolona, szczęśliwa, na rauszu.
Tylko, że następnego dnia rano owa znajoma zadzwoniła, że nie chce się więcej
się spotykać w tym gronie.
Że ona się czuje sponiewierana, że odebrała te złośliwości jako atak na nią, że się załamała, że to był najgorszy dzień w jej życiu etc
Przyjaciółka w szoku, bo laska przecież się śmiała przez cały czas.
Przypomniało mi się, ile razy znosiłam "niegroźne złośliwości" bo nie chciałam być niefajna. Więc śmiałam się z rzeczy, które mnie nie śmieszyły w imię fajności.
Gdzie jest ta granica złośliwości na nasz temat? W którym momencie mamy jeszcze dystanans, a w którym płoniemy słusznym gniewem.
Jak oddzielić przytyki, które są zabawne od tych, które są raniące?
My to wiemy, ale jak to za komunikować światu, żeby na końcu nie okazało się, że jesteś drętwa.